29.09.2015

Rozdział 6

                                                     *Oczami Louis'a*

Gdy się budzę, czuję, jakby coś ściskało moją dłoń. Otwieram oczy i widzę śpiącą Age, która trzyma mnie za rękę.
Żeby jej nie obudzić, delikatnie rozłączam nasze ręce, i ostrożnie schodzę z łóżka. Całe szczęście dziewczyna się nie budzi. Nie chce, żeby się obudziła, potrzebuje snu, wyglądała na zmęczoną.
Po cichu podchodzę do ściany, na której znajduję się włącznik do światła i naciskam na niego by je wyłączyć. Momentalnie w pokoju robi się totalnie ciemno, więc idę do szafki z lampką nocną i ją zapalam. Spoglądam na dziewczynę, która wygląda uroczo w świetle niezbyt jasnej żarówki.
Nagle zauważam, że dziewczyna drży, zapewne jest jej zimno. Biorę niebieski koc leżący na kanapie i szczelnie ją nim przykrywam.
Siadam na fotelu przy oknie i patrzę się na widoki za nim.
Cieszę się, że powiedziałem Adze o Tiff, czuje się teraz trochę lepiej, że wie o tym ktoś oprócz moich rodziców i Joseph'a. Wiem, że Aga jest godna zaufania, i myślę, że będzie wspaniałą przyjaciółką.
Nagle słyszę wibrowanie telefonu dziewczyny. Szybko podbiegam do łóżka i biorę telefon z materaca, który pewnie wyśliznął się mojej, nowej znajomej z kieszeni.
- Tak? - odzywam się zaraz po naciśnięciu zielonej słuchawki.
- Louis? - słyszę głos przyjaciółki Agaty. - Gdzie Aga? - jest lekko spanikowana.
- Zasnęła. - siadam na łóżku.
- Obudź ją i zejdź na dół, bo ja i Matt chcemy stąd jechać.
- Była naprawdę zmęczona i myślę, że to nie najlepszy pomysł, żeby ją budzić. - mówię. - Ja mogę ją odwieźć z powrotem jak tylko wstanie. To, żaden problem. - proponuje.
Przez chwile w słuchawce słyszę tylko dudnienie muzyki, widoczne dziewczyna zastanawia się nad moimi słowami.
- Dobrze, skoro mówisz, że to nie problem. - wzdycha. - Ale pamiętaj powierzam ci ją w twoje ręce. Mam nadzieję, że nic jej się z tobą nie stanie. - ostrzega.
- Mogę ci zapewnić, że włos jej z głowy nie spadnie.
- Trzymam cię za słowo. - mówi. - Dobrze, to pa. - błyskawicznie się żegna i rozłącza się.
Nie znam za bardzo tej całej Pauli, ale mam wrażenie, że to szalona dziewczyna, wnioskując po dzisiejszym spotkaniu z nią i chociażby po tej krótkiej rozmowie.
Zachowuje się w stosunku do Agaty jak non stop martwiąca się mamuśka, co jest trochę dziwne.  Zapisuję w telefonie jej numer, następnie kładę go z powrotem na łóżku i wychodzę z pokoju.
Przepychając się przez spocone ciała masy ludzi docieram do kuchni.
Albo mi się wydaje, albo tego bydła jest jeszcze więcej.
Ja pierdole, jest już po drugiej a ludzie się jeszcze schodzą. Mam dość tych całych imprez, chłopaki powinni je ograniczyć, bo te jebane biby są praktycznie co tydzień, a czasem nawet w środku tygodnia, jak w tym przypadku.
Podchodzę do lodówki i wyciągam z niej zimne piwo, podważam kapsel zębami, a ten odstrzela na drugi koniec kuchni.
Wiem, nie powinienem teraz pić, ale to jest jedyny, znany mi sposób, żeby zapomnieć. Te wszystkie wspomnienia, wszystkie spędzone razem chwile, cały ten ból, który przeszedłem, z każdą minioną sekundą powraca do mojej głowy, ale nie pozwolę, żeby to znowu mnie załamało i zatruwało moje życie, nie znowu.
Biorę kilka łyków lodowatego piwa i opieram się plecami o blat. Nie żałuję, że powiedziałem Agacie o Tiff. Potrzebowałem tego, żeby powiedzieć to komuś innemu niż rodzicom i Josephowi. Można powiedzieć, że w pewnym sensie czuję ulgę.
- O czym tak rozmyślasz? - czyjś głos wyrywa mnie z moich zamyśleń. Spoglądam w stronę drzwi i widzę Joseph'a opierającego się o framugę drzwi, przypatrującego mi się uważnie.
- O niczym ważnym. - upijam łyk piwa.
- Nie powinieneś teraz pić. - podchodzi do mnie i opiera się o blat plecami, tak jak ja.
- A niby czemu?
- Zapomniałeś? Miałeś dzisiaj jechać do swojej siostry na jej urodziny. - jest zbulwersowany.
Jestem totalnym kretynem, jak mogłem zapomnieć o jej urodzinach?! Ja pierdole.
Odkładam piwo na blat i sprawdzam, która godzina. 3.16
- Nawet o tym nie myśl! Musiałbyś tam jechać trzy albo cztery godziny, a z tego co widzę nieźle sobie wypiłeś. - mówi stanowczo.
- Joseph nie rozumiesz? Nie widziałem jej cztery lata! Muszę tam jechać i jej to wszystko wynagrodzić, przeprosić ją, naprawić to wszystko. Chce być dla niej chociaż jeden, pierdolony raz dobrym bratem. - wychodzę z kuchni, ignorując słowa Joseph'a i ponownie przeciskam się przez tłum ludzi, kierując się na górę.
Gdy wchodzę do swojego pokoju, mój wzrok kieruje się na Agę, śpiącą na moim łóżku. Nie wiem co mam z nią zrobić, obiecałem Pauli, że ją odwiozę, ale to niemożliwe. Jestem zmuszony powiedzieć Joseph'owi, że ona tu jest, i żeby któryś z chłopaków ją odwiózł kiedy się obudzi.
Wiem, jestem totalnie nieodpowiedzialny, ale wydaję mi się, że to najlepsze rozwiązanie jak na tę chwilę.
Szybko przebieram się w czyste ubrania, biorę prezent urodzinowy dla mojej siostry pod pachę i chowam kluczyki od mojego auta, oraz telefon do kieszeni. Wychodzę z pokoju i szybko zbiegam po schodach, kierując się w stronę kuchni. Gdy tam docieram, widzę Joseph'a przy stole dopijającego moje piwo, spogląda na mnie.
- Joseph. Wiem, że to nie odpowiednia chwila, ale mam prośbę. U mnie w pokoju, śpi pewna dziewczyna, ma na imię Agata. Jak się obudzi proszę cię, żebyś ty albo jeden z chłopaków, odwiózł ją do domu. - mówię błagalnym tonem. - I przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem, ale...
- Ok rozumiem, nie ma sprawy. - upija piwo. - Ale, uważaj na siebie chłopie. - mówi spoglądając na mnie.
- Jasne, będę. Dzięki stary, jestem ci wdzięczny. - wychodzę z pomieszczenia i kieruję się w stronę drzwi frontowych, otwieram je i wychodzę z domu. Idąc do samochodu, wyciągam kluczyki z kieszeni i otwieram nimi bagażnik, gdzie chowam prezent. Szybko wchodzę do auta, od razu je odpalam i ruszam z piskiem opon.

                                                     *Oczami Agaty*

Budzę się i z zamkniętymi oczami zaczynam szukać swojego telefonu, gdy go znajduję włączam go i sprawdzam, która godzina. 4.12.
Leniwie otwieram oczy i widzę, że jestem w nieznanym mi miejscu. To nie jest mój pokój. Zaczynam lekko panikować, lecz nagle przypominam sobie, że zasnęłam, i Louis spał koło mnie. Tylko gdzie on jest?    
Siadam na łóżku i rozglądam się po całym pomieszczeniu, lecz nigdzie go nie zauważam.
Wychodzę z pokoju i od razu kieruję się do schodów. Zatrzymuje się na ostatnim stopniu, lekko zdziwiona faktem, że nie ma już tu tych wszystkich, pijanych ludzi, jest tylko bałagan i muzyka cały czas cicho gra.
Dopiero teraz zauważam, że pomieszczenie, w którym rozgrywała się ta cała impreza, jest niewielkim przedpokojem, wczoraj jednak miałam wrażenie, że jest on ogromnym pomieszczeniem.
Schodzę z ostatniego stopnia na pokrytą brudem i śmieciami podłogę. Oderwanie mojej nogi od szarych kafelek, przychodzi mi z lekką trudnością, ponieważ podłoga w tym miejscu jest strasznie klejąca, zapewne od rozlanych napojów i słodkich drinków. Po powrocie do domu czeka mnie porządne szorowanie moich, ulubionych butów.
Odgarniając z pod swoich stup czerwone kubki, paczki po chipsach i inne śmieci, prawie docieram do kuchni, lecz zatrzymuje się zaraz przed wejściem do niej, ponieważ słyszę jakieś, dziwne odgłosy.       Niepewnie robię krok w stronę pomieszczenia i mocno przygryzam wargę słysząc jak moja podeszwa głośno odrywa się od brudnej posadzki. Gdy wchodzę do kuchni moim oczom ukazuje się mężczyzna zbierający śmieci do dużego, czarnego worka na śmieci. Mężczyzna odwraca głowę w moją stronę i zmierza mnie wzrokiem. Czuję się strasznie niezręcznie.
- To ty pewnie jesteś Agata? - pyta odkładając worek na ziemie i podchodzi do zlewu. Skąd do cholery zna moje imię? - Louis'a nie ma, ale kazał mi cię odwieźć, jak tylko się obudzisz. - odkręca wodę i myje swoje dłonie pod jej strumieniem.
Jak to nie ma Louis'a ? Zostawił mnie tutaj samą, przecież wie, że nikogo tutaj nie znam.
- Jak to? - tylko to mogę z siebie wydusić.
Nie mogę w to uwierzyć, jak on mógł to zrobić.
- Pojechał do swojej siostry, pewnie jest już prawie na miejscu. - zakręca wodę, wyciera dłonie w ręcznik i podchodzi do mnie.
Mężczyzna jest niższy od Louis'a i ma lekki zarost, a na bokach jego głowy, widnieje parę siwych włosów. Jest on także dobrze zbudowany i mogę powiedzieć, że przystojny. - Pewnie nie wiesz z kim masz przyjemność? - wyciąga w moją stronę rękę. - Jestem Joseph. Bardzo mi miło. - na jego twarzy widnieje przyjazny uśmiech.
Łapię za jego, dużą, męską dłoń i lekko ściskam.
- Mi też jest miło. - delikatnie się uśmiecham. Odrywamy nasze ręce od siebie, po czym Joseph z powrotem zaczyna zbierać śmieci do worka.
- Louis mówił ci o mnie? - pyta wyraźnie zaciekawiony.
- Tak. Mówił, że to twój dom. - odpowiadam. Nie zamierzam mu mówić o tym, że wiem jak bardzo pomógł Louis'owi, myślę, że to byłoby nie na miejscu.
- Rozumiem. - zgarnia ręką, z blatu, do worka stos czerwonych kubeczków.
Czuję się niezręcznie stojąc tak bezczynnie, kiedy on sprząta ten ogromny bałagan. Podchodzę do blatu, na którym znajduję się rulon z czarnymi workami, rozwijam go trochę i odrywam z jeden z nich, następnie zaczynam wrzucać do niego brudne od alkoholu kubeczki, z zaśmieconego stołu. Joseph spogląda na mnie wyraźnie zaskoczony. - Czy ty oszalałaś? - podchodzi do mnie i próbuje wyrwać worek, lecz chowam go za swoje plecy. Szkoda mi go, że musi sam sprzątać ten syf, więc zamierzam mu w tym pomóc. - Oddaj mi ten, pieprzony worek. - mówi stanowczo.
- Nie. Chcę pomóc. - mówię i ponownie zaczynam zbierać śmieci tym razem z podłogi.
- Ok, jak chcesz. - wraca do zgarniania śmieci z blatu.
Przez dwadzieścia minut żadne z nas się nie odzywa, cały czas zachłannie sprzątaliśmy kuchnię i widać rezultaty. Wszystkie śmieci zniknęły z pola widzenia, blaty są posprzątane i wyczyszczone z wszelkich zabrudzeń, zostało jeszcze umycie podłogi i wyniesienie czterech, czarnych worków pełnych śmieci.
- Gdzie masz mopa, albo coś czym mogłabym wytrzeć podłogę? - podchodzę do zlewu i myje swoje, nieco klejące ręce.
- Nie. Słuchaj, bardzo ci dziękuję, ale wystarczy, nie możesz sprzątać tego, całego syfu. Dam sobie radę. - staje przede mną i podaje mi ręcznik, który biorę i wycieram nim ręce.
- Joseph, nie dasz rady sam tego posprzątać. Pozwól mi tobie pomóc. - nalegam.
Nie wiem dlaczego tak bardzo zależy mi na tym, żeby pomóc mu w sprzątaniu tego bałaganu. Ale myślę, że jestem mu po prostu wdzięczna za to, że pomógł Louis'owi przejść przez to wszystko co go spotkało. Poza tym Joseph to bardzo miły i życzliwy facet.
- Nie będę się z tobą wykłócać. - siada zrezygnowany na kuchennym krześle i przeczesuje palcami swoje, ciemne włosy. - Mam dość, już tych imprez. - wyjmuje paczkę papierosów z kieszeni spodni i wyciąga jednego z nich. - Zawsze ja muszę sprzątać po tych idiotach, bo oni najebani śpią do południa. A ja wyspać się nie mogę w własnym domu, przez tą głośną muzykę. - zapala papierosa i mocno się nim zaciąga.
- Przecież to twój dom, nie możesz im tego zabronić? - siadam na krześle naprzeciwko niego i spoglądam jak z jego ust wydostaje się szary, gęsty dym.
- To nie jest takie proste. - ponownie zaciąga się dymem. - To poniekąd moja wina. Przyzwyczaili się do tego, kiedyś też się z nimi bawiłem, ale wtedy te biby były raz w miesiącu, a nie co dwa trzy dni. Poza tym zawsze sprzątaliśmy razem, a teraz kiedy już nie imprezuję to tylko ja sprzątam. Ale to już się robi męczące, mam już swoje lata i to i tamto zaczyna pobolewać. - gasi papierosa w czarnej popielniczce,  która stoi na stole.
- To tym bardziej powinieneś im tego zabronić, albo przynajmniej kazać ograniczyć. - nalegam.
Nie zamierzam owijać w bawełnę, mówię to co mam na myśli.
Szkoda mi Josepha, dopiero teraz widzę jaki jest zmęczony i poddenerwowany, powinien coś z tym zrobić, przecież nie może tak żyć.
- Wiem. - przyznaje. - Ale nie mam serca im zabronić, to dobre chłopaki. - podnosi na mnie swój wzrok, i patrzy na mnie jakby szukał jakiejś porady albo wsparcia.
- Moim zdaniem powinieneś się przemóc i powiedzieć im, że jest ci ciężko to wszystko ogarnąć samemu. Wytłumacz im to, skoro są w porządku, powinni zrozumieć. - wyrażam swoją opinię.
To dziwne, że doradzam dorosłemu mężczyźnie co ma zrobić, ale najwyraźniej on potrzebuje tego. Widzę, że nie wie co ma robić.
- Masz rację. - wzdycha. - Muszą z tym skończyć. - wyjmuje kolejnego papierosa z paczki, wsadza go pomiędzy swoje wargi i zapala. - Chcesz może coś do picia?
- Poproszę wodę. - Joseph w mgnieniu oka wstaję z krzesła i nalewa mi wody do szklanki. Podchodzi do mnie i podaje mi przezroczyste naczynie. - Dziękuję. - odbieram od niego szklankę i upijam łyk wody.
Może to dziwne, ale woda ma tutaj inny smak niż w Polsce.
- Nie ma za co, to tylko szklanka z wodą. - lekko się uśmiecha, a ja do niego.
- Nie chce nic mówić, ale powinniśmy zabierać się za sprzątanie, bo ja chcę jeszcze dzisiaj wrócić do domu. - wstaję od stołu. Nie lubię siedzieć bezczynnie, wiedząc, że mam coś do zrobienia.
- Nie słuchaj. Idź się ubrać, zawiozę cię teraz. - mężczyzna gasi papierosa i wstaje od stołu.
- Joseph. Nie, powiedziałam, że ci pomogę, że chcę ci pomóc i to zrobię, więc przynieś mi więcej worków i jakieś ścierki i zabieramy się za sprzątanie. - wiem, może trochę się rządzę, i jestem nachalna, ale polubiłam go i zostawienie go z tym samego byłoby nieodpowiednie, wiedząc i widząc jak Joseph jest wyczerpany.
- Ok. Dobrze, nie chce wszczynać niepotrzebnego konfliktu. Jak chcesz, pomóż mi posprzątać. - Joseph się poddaje, a ja jestem tym usatysfakcjonowana.
- To przyniesiesz te worki? - spoglądam na niego.
To bardzo zabawne, widzieć, jak dorosły facet wywraca oczami. Podchodzi do jednej z szafek i wyciąga z niej rulon czarnych worków, który rozwija i odrywa dwa z nich, następnie podaje go mi, a ja robię to samo. - Gdzie zaczynamy? - pytam wskazując na potworny bałagan panujący w przedpokoju. Nie powiem, jestem tym nieco przerażona.
- Ja pierdole. - odzywa się Joseph. - Tak źle chyba jeszcze nie było. Powiedz mi jak można tak na syfić. - wskazuje na cały ten bałagan. - Nie. Koniec, od dzisiaj koniec z imprezami. - jego ton jest strasznie poddenerwowany, co jest zrozumiałe.
Zaczynam zbierać śmieci z klejącej podłogi i wrzucać do worka. Podczas sprzątania, robi mi się gorąco, więc rozbieram swoją kurtkę i odwieszam na wieszaku w korytarzu.
- Mam dość tej muzyki! - idzie szybkim krokiem w stronę wierzy i głośników, kopiąc wszystko co znajduje się pod jego nogami. Wyłącza muzykę energicznym ruchem i z powrotem zabiera się za sprzątanie.
Mija kilkanaście minut naszego zawziętego sprzątania, widać różnice, dużo śmieci zniknęło z podłogi, ale nadal jest tutaj bałagan.
- Nie jesteś stąd. Prawda? - moje ciało nieco podskakuję z przestraszenia w skutek nagłego pytania Joseph'a, ale mężczyzna nic nie zauważa, ponieważ jest odwrócony tyłem.
- Jestem z Polski. - podnoszę pustą butelkę po jakimś, tanim trunku i wrzucam do worka.
- Bardzo dobrze rozmawiasz po angielsku.
- Dziękuję. - mówię.
- Od kiedy tutaj jesteś? - pyta spoglądając na mnie kątem oka.
- W sumie to, od trzech dni. - wzruszam ramionami.
Właśnie znajduję czerwony, koronkowy stanik. Z obrzydzeniem łapię go za ramiączko i szybko wrzucam do worka. To naprawdę odrażające i nienormalne.
- I co? Podoba ci się tu? - Joseph prostuje się i rozciąga.
- Tak, bardzo.
- To dobrze. - spoglądam na jego twarz, jego oczy same się zamykają i ma straszne worki pod oczami.
- Joseph, może chcesz sobie usiąść? - podchodzę do drzwi od salonu i otwieram je. W pokoju nie ma zbyt dużego bałaganu, kanapa jest trochę zaśmiecona, a na podłodze wala się kilka kubków. Podchodzę do kanapy, poprawiam na niej poduszki, podnoszę z niej śmieci i wrzucam do worka.
- Nie trzeba. - mówi, opierając się o framugę drzwi.
- Nalegam. Wyglądasz jakbyś zaraz miał zasnąć. - mówię i klepie kanapę wytrzepując z niej okruszki po chipsach.
- Ok, mogę się położyć na chwilę. - podchodzi do kanapy i się na niej kładzie, a ja zaczynam zbierać kubki z szafek i stolika, następnie wkładam je do worka. Schylam się podnosząc paczkę po ciastkach, leżącą na dywanie i nagle słyszę ciche chrapanie.
Odwracam się i widzę Joseph'a śpiącego na kanapie.
 Chyba moja ostatnia deska podwózki do domu przepadła. Bardzo chciałabym wrócić do mieszkania, ale muszę skończyć sprzątanie, poza tym i tak nie wiedziałabym jak tam trafić z powrotem.
W tym momencie moja złość na Louis'a wzrasta, mógł przynajmniej powiedzieć mi, że jedzie do siostry. Ale już trudno, było minęło.
Podchodzę do brązowo-beżowego koca leżącego na fotelu i przykrywam nim Joseph'a. Wychodzę z salonu i zaczynam zbierać pozostałe śmieci.
Po dziesięciu minutach na podłodze nie ma już walającego się syfu, ale nadal podłoga jest strasznie brudna, a ja nie mam pojęcia gdzie jest mop lub coś czym mogłabym umyć podłogę. Pierwsze co mi przychodzi to składzik pod schodami, który nie wiem kiedy i jakim cudem, przemknął mi przed oczami.
Gdy jestem przy schodach, otwieram składzik, nagle wszelkie miotły i mopy zlatują na mnie, uderzając mnie w głowę.
- Cholera. - klnę masując się w bolące miejsce na mojej głowię.
Słyszę, że ktoś schodzi po schodach, szybko chowam miotły z powrotem do składzika i szukam jakiegoś miejsca, żeby nikt mnie nie zauważył.
Nie zdążam jednak nic zrobić, ponieważ męska sylwetka staje tuż przed moją twarzą. Ma mocno umięśnioną i wytatuowaną klatkę piersiową. Przerażona spoglądam w górę i widzę Harry'ego. Ma tak przerażające i paraliżujące spojrzenie, że nie jestem w stanie drgnąć. Chłopak jednak mija mnie i idzie do kuchni, ostrożnie odwracam się i spoglądam na niego. Dopiero teraz zauważam, że Harry ma na sobie tylko bokserki, czuję się tym faktem strasznie zawstydzona i czuję jak moje policzki płoną.
Spodziewałam się po nim innej reakcji, z tego co mi powiedział Louis, to furiat, a on nawet nie odezwał się słowem.
Postanawiam, że odważę się pójść do kuchni i zobaczyć co on robi. Niepewnie idę w stronę pomieszczenia i kiedy jestem już w futrynie drzwi, zauważam Harry'ego opierającego się rękami o blat. Zmierzam wzrokiem całe, jego niesamowicie wysportowane ciało, pokryte tatuażami. Chłopak spogląda na mnie kątem oka.
- Co? - pyta oschle, odwraca się i zmierza mnie swoim, zimnym spojrzeniem, przez co czuję się niezręcznie.
Zakładam, że gdybym spytała się go czy mógłby mnie podwieźć do domu, pewnie by się nie zgodził. Ale zaryzykować zawsze można.
- Mógłbyś mnie odwieźć do domu? Proszę. - pytam opierając się ramieniem o framugę drzwi.
- Nie. - piorunuje mnie wzrokiem i sięga po szklankę do szafki.
 Po co ja się go, w ogóle pytałam? Przecież wiedziałam, że się nie zgodzi. Jestem idiotką.
Postanawiam, że pójdę do domu na pieszo, wiem, że to nieodpowiedzialne, ale w końcu jakoś tam trafię. Chciałam tego uniknąć, ale innego wyjścia nie mam. Pojechałabym taksówką, ale nie mam przy sobie pieniędzy, ogólnie nie mam przy sobie nic, tylko telefon i klucze od domu.
Wchodzę do korytarza, ściągam kurtkę z wieszaka i ją zakładam, nagle słyszę czyjeś, zbliżające się kroki. Spoglądam w głąb korytarza i zauważam Harry'ego, stojącego przy wejściu do przedpokoju, patrzącego się na mnie z zdziwieniem.
- Co ty robisz? - pyta robiąc krok w moją stronę, co sprawia, że robię krok do tyłu. Ten chłopak mnie przeraża.
- Wychodzę. - łapię za klamkę, naciskam na nią i lekko otwieram drzwi. Zamierzam wychodzić, gdy nagle Harry podchodzi i zamyka drzwi swoją silną ręką.
- Nie. - jego ton jest oschły. Odpycha mnie od drzwi i staje przed nimi zagradzając mi drogę. Tego już za wiele.
- Wypuść mnie. - mówię stanowczo ale chłopak ani nie drgnie, tylko patrzy nam mnie tym przerażającym wzrokiem. - Chcę stąd wyjść. Nie możesz mnie zmusić, żebym tutaj zos...
- Nie...Zawiozę cię. - wygląda jakby sam nie wierzył w to co właśnie powiedział. Szybko odchodzi od drzwi i idzie w głąb korytarza, następnie słyszę jak wbiega po schodach.
Nie wierze, że tak nagle zmienił zdanie.
 Przyznaję, że trochę boję się z nim jechać, ale nie mam najmniejszej ochoty iść teraz na pieszo, jest strasznie ciemno i zimno.
Słyszę jak ktoś wchodzi do korytarza, spoglądam w tamta stronę i moim oczom ukazuje się Harry. Ma czarną koszulkę, czarne rurki i czarne convers'y  takie jak moje tylko dużo większe. Podchodzi do wieszaka za mną lekko mnie odpychając i sięga z niego czarny, długi płaszcz, ten sam, który miał w sklepie kiedy widziałam go po raz pierwszy. Zakłada go na swoje ciało, otwiera drzwi i wychodzi.
- Idziesz, czy nie? - pyta oschle, idąc w stronę samochodu.
Wychodzę z domu i zamykam za sobą drzwi. Harry siedzi już w samochodzie, z rękami na kierownicy i czeka na mnie.
Trochę przeraża mnie fakt, że będę przebywać z nim w jednym samochodzie. ale chcę już wrócić do domu, może nie będzie aż tak, źle.
Gdy wchodzę do auta, do moich nozdrzy uderza zapach Harry'ego, jest naprawdę intensywny i powiedziałabym, że pociągający.
- Gdzie mieszkasz? - pyta patrząc na przednią szybę.
Wyciągam klucze z kieszeni i mu je podaje, Harry czyta adres na nich i rusza z piskiem opon.

                                                              ***

Pięć minut w samochodzie z Harry'm jest jak pięć godzin, siedzę wciśnięta w fotel, i niecierpliwie czekam, aż będziemy w domu. Żadne z nas się jeszcze nie odezwało, ja nie mam odwagi, a Harry raczej nie lubi rozmawiać z innymi ludźmi. Nagle chłopak gwałtownie zatrzymuje samochód, gdybym nie miała zapiętych pasów, na pewno wylądowałabym na przedniej szybie.
- Kurwa mać! - chłopak drze się na całe auto. - Pierdolony baran! - uderza w kierownice pięścią, a głośny dźwięk klaksonu rozbrzmiewa po całym samochodzie.
- Co ty robisz?! - próbuje przekrzyczeć klakson, lecz nie udaje mi się to. Po chwili okropny dźwięk ustaje.
- Nie widziałaś co zrobił?! - wskazuje ręką na samochód przed nami. - Skurwiel prawie samochód mi zarysował! - krzyczy na całe gardło.
- Nie krzycz! - podnoszę głos. Mam dość tych jego krzyków, strasznie mnie wkurza.
- Bo co?! Nie będziesz mi mówić co mam robić, zwłaszcza w moim aucie! Jak ci nie pasuje to wypierdalaj! - wydziera się jeszcze głośniej niż wcześniej. Mój gniew wzrasta coraz bardziej, jestem na skraju wytrzymałości. Mam go po prostu dość.
- Dobra, jak chcesz. - szybko odpinam pas i otwieram drzwi.
- Co ty ro... - wychodzę i zamykam drzwi zanim zdąża się wypowiedzieć.
Co za człowiek, wydziera się na mnie jak idiota, Louis miał racje, że to furiat.
Idę szybkim krokiem wzdłuż chodnika, i staram się przypomnieć jak wyglądała droga do domu. Nagle słyszę czyjeś kroki za sobą, odwracam się i widzę jak wkurzony Harry idzie w moją stronę. Lód w jego oczach przyprawia mnie o dreszcze. Zaczynam biec z całych moich sił, lecz nie mam szans z Harry'm i jego długimi nogami, dogania mnie zanim zdążam się dobrze rozpędzić. Chłopak łapie mnie w talii, popycha mnie w pustą, zaciemnioną uliczkę i pcha na ścianę ceglanego budynku. Przypiera mnie swoim ciałem do zimnych cegieł, a swoje ręce opiera o ścianę po bokach mojej głowy. Pochyla się nade mną, i patrzy na mnie tym swoim zimnym, paraliżującym spojrzeniem.
- Mogę wiedzieć, co ty do kurwy nędzy wyprawiasz? - syczy.
Jestem przerażona tym jak się zachowuje, lecz nie daję tego po sobie poznać, a przynajmniej staram się to robić.
- Próbuję od ciebie uciec, ale mi w tym przeszkadzasz. - uderzam rękami w jego klatkę piersiową, ale Harry nawet nie drgnie. Między jego brwiami pojawia się zmarszczka, przez co wygląda jeszcze bardziej przerażająco. Łapie swoją wielką dłonią moje nadgarstki i przypiera mi je do ściany nad moją głową.
- Po co wyszłaś z samochodu? - pyta, bardziej się nade mną pochylając.
Jestem totalnie przerażona, nie mam szans się wyrwać, a tym bardziej uciec. Między innymi jestem w dupie, ale muszę zgrywać twardą, nie mogę się poddać.
- Chyba sobie żartujesz? - pytam oburzona. - Wydzierałeś jak jakiś wariat na mnie. - próbuję uwolnić moje nadgarstki z ręki Harry'ego, lecz nie mam najmniejszych szans.
- Dałaś mi powód. - syczy.
- Jaki? Dlatego, że powiedziałam, żebyś przestał się wydzierać?
- Dokładnie. - jego spojrzenie z sekundy na sekundę jest coraz bardziej świdrujące, lecz nie odwracam wzroku, nie chcę dać mu satysfakcji, że wygrał.
- Puść mnie. - wyduszam z siebie.
- Nie.
- Nie masz prawa mnie do tego zmuszać.
- Właśnie, że mam. - jego ton łagodnieje. Mocniej przygniata moje ciało do ściany, przez co czuję się jeszcze bardziej niekomfortowo. Swoją twarz przybliża coraz bardziej do mojej, co sprawia, że obracam głowę na bok opierając policzek o ścianę. Czy on chciał mnie przed chwilą pocałować?
Nie, to niemożliwe, tylko mi się zdaje. Chyba.
Czuję jego, ciepły oddech na mojej szyi, co przyprawia mnie o dreszcze.
- Wypuść mnie. Proszę. - mój głos się łamie. Strach przejmuje górę. Czuję się okropnie stojąc z nim w takiej, niekomfortowej dla mnie pozycji.
Jego ciało jest niesamowicie blisko mojego, a jego twarz tuż przy mojej szyi, to bardzo niezręczne i przerażające jak dla mnie. Nagle Harry łapie mnie za brodę i lekko przekręca, tak, żebym znajdowała się twarzą w twarz z nim. Wzrok mam spuszczony, nie zamierzam patrzeć na te jego, mroczne i świdrujące spojrzenie, przeraża mnie.
- Spójrz na mnie. - mówi łagodnym tonem. Spoglądam na niego, i ku mojemu zaskoczeniu, jego oczy nie przyprawiają mnie o dreszcze, widać w nich jakby troskę, zakłopotanie, ale nie jestem pewna. - Nie bój się mnie, nie chcę, żebyś się mnie bała. - jego spojrzenie jest przekonywujące i hipnotyzujące. To dziwne uczucie patrzeć na niego, kiedy jest w takim ,,łagodnym'' stanie. - Pójdziesz teraz ze mną do samochodu, a ja zawiozę cię do domu. - kiwam głową.
Chcę być już w domu i to wszystko przemyśleć, poza tym chcę się już od niego uwolnić, nie chcę go więcej widzieć.
Harry puszcza moje nadgarstki i odsuwa się ode mnie. Masuje moje obolałe ręce i ruszam w stronę samochodu Harry'ego, naglę czuję jak chłopak oplata moje plecy swoim ramieniem. Próbuje je jakoś strącić, lecz bez szans.
Dlaczego on to robi? Przecież i ja, i on wie, że nie mam szans przed nim uciec.
Gdy jesteśmy przy samochodzie, zauważam, że Harry zjechał nim na pobocze. Pewnie  zrobił to, kiedy z niego wyszłam .
Kiedy jesteśmy w aucie, Harry powili rusza i wjeżdża na drogę.

                                                                 ***

Jedziemy już jakieś dziesięć minut, w kompletniej ciszy. Siedzę oparta głową o szybę i przyglądam się jak wschodzące słońce, przemyka przez szpary pomiędzy budynkami.Strasznie chce mi się spać i walczę z tym, żeby moje powieki się nie zamknęły. Na wpół śpiąc, zaczynam rozpoznawać miejsce, w którym się znajdujemy, to znaczy, że zaraz będę w domu, z czego się bardzo cieszę. Nagle samochód zatrzymuje się, szybko odpinam pas i otwieram drzwi, chcę się stąd jak najszybciej wydostać. Zanim wychodzę, spoglądam na Harry'ego, którego wzrok jest utkwiony w przedniej szybie, jakby był nieobecny.
- Dziękuję. - prawie szepcze.
Mimo tego, co dzisiaj między nami zaszło, jestem mu wdzięczna, że mnie podwiózł.
Wstaję i mam zamiar wyjść z samochodu, kiedy nagle Harry łapie mnie za nadgarstek i ciągnie z powrotem na fotel.
- Co do...
- Przepraszam. - brzmi całkowicie szczerze.
Kolejny raz przechodzę szok.
- Co? - spoglądam na niego lecz nie widzę jego twarzy, ponieważ głowę ma odwróconą w przeciwną stronę.
- Słyszałaś. - kładzie ręce na kierownicy, daje mi tym znak, że chce, żebym wyszła.
Zszokowana wychodzę z samochodu i zamykam drzwi. Harry rusza z piskiem opon, a ja patrzę jak czarne, lśniące auto znika w mgle.
Gdy wchodzę do domu idę od razu do swojego pokoju i kładę się spać.

*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*~**~*~*~*~*~*~*~*
Tak bardzo was przepraszam, że tak długo nie było rozdziału. W sierpniu w ogóle nie miałam czasu a wrzesień był pełen kartkówek i sprawdzianów, od dzisiaj zaczynam regularnie wstawiać rozdziały, będą w niedziele. Także tego, jeszcze raz strasznie przepraszam i do następnego. :***



 Jeśli przeczytałeś/ łaś skomentuj to dla ciebie chwila, dla mnie motywacja do dalszej pracy.